Nie będziemy nigdzie się spieszyć, nic nie musimy, nie mamy żadnej potrzeby zwiedzania, chyba że akurat nam się zachce.
Poranek miły, leniwy, pyszne śniadanie w ogrodzie.

Po śniadaniu wszystkich naszła ochota na kąpiułkę.




Benio coraz lepiej radzi sobie w wodzie, pływa już całkiem swobodnie, a Antek szlifuje skoki do wody.
Obiad zjedliśmy w pobliskiej rodzinnej restauracji. Po obiedzie taksówką pojechaliśmy do największego miasta wyspy czyli do Dương Đông. Miasto nie jest jakoś specjalnie urodziwe, ale ma 2 ciekawe atrakcje. Targ i nocny market. Na targ poszliśmy trochę przez przypadek szukając starego lotniska. Wrażeń z targu miesliśmy mnóstwo…















































Targ był nie do wytrzymania szczególnie dla zmysłu powonienia. Do tego co chwilę wchodziło się klapkami w wodę śmierdzącą zgniłą rybą, a to leżące kawałki mięsa, zgniłe owoce. Ohydne i za razem fascynujące. Nam kupującym w Oszą czy innym Kerfurze w głowie się to nie mieści, bo jak to muchy na mięsie, podają kurczaka brudną szmatą? „Bazarek” nami wstrząsnął.
Dalej poszliśmy zobaczyć zachód słońca, a wycieczkę zakończyliśmy na nocnym markecie.
















Było dziś sporo szoku, doznań węchowych, hałasu, chaosu. Ale lubię takie miejsca. Mam teorię, że żeby poznać jakąś kulturę trzeba iść na lokalny, prawdziwy bazar i na cmentarz. Tu nie da się poznać mieszkańców rozmawiając z nimi, bo po angielsku mówią tragicznie. Pozostaje uważnie obserwować.
Co robimy jutro? Co nam się zachce 😁. I to jest najpiękniejsze.
DJAB