Rano zamówiliśmy transport z Hué do Hoi An. Udało nam się zamówić autobus, który odjeżdżał około południa. Po śniadaniu pospacerowaliśmy nad Rzeką Perfumową (zapach pochodzi od białych kwiatów, które spadają do niej prosto z drzew – widać je na poprzednim wpisie (zdjęcie kwiatka na tle pagody). Te kwiatki pachną obłędnie!







Około południa zwolniliśmy pokój, a następnie w bardzo przekombinowany sposób dotarliśmy do naszego autokaru – facet na skuterze podprowadził nas 200 m, tam czekała taksówka, która zawiozła nas w 2 turach (nas i znajomych z Zacisza) do autobusu. Towarzystwo w autobusie mocno międzynarodowe. Autobus okazał się sleeperem czyli autokarem sypialnym. Bilet – jakieś 15 zł od osoby.


Sleepery są dla dzieci/karłów/Azjatów. Człowiek mający więcej niż 165 cm wzrostu siedzi pokurczony. 130 km dzielące Hué i Hoi An autokar jechał 3,5 h. Raz zrobił dłuższy postój.

Dotarliśmy do hotelu późnym popołudniem. Hotel powyżej naszych oczekiwań. Nareszcie balkon, basen, schludna łazienka… 😍


Umówiliśmy się z Karolami (tak nazywamy znajomych z Zacisza, czyli Karola i jego rodzinę) na kolację do „restauracji” Mr Son. Restauracja prowadzona jest przez całą lokalną rodzinę, serwuje lokalne potrawy i jest bardzo polecana na Tripadvisor. Wszyscy najedliśmy się do syta lokalnymi potrawami. Było miło, spotkaliśmy parę fajnych Polaków.





Pochodziliśmy troszkę po Hoi An. Miasto to jest na liście światowego dziedzictwa Unesco, a do ocalenia tej architektury przyczynił się w latach 80-tych polski architekt. Nazywane jest miastem lampionów. Po zmroku jest oszałamiająco piękne





Nie wstawię dziś wielu zdjęć z Hoi An. To wymaga oddzielnego wpisu. Po powrocie od Mr Sona chłopcy i Julek poszli odprężyć się w basenie.


Idziemy spać.
DJAB