Dziś w południe opuściliśmy Hoi An. Szkoda. Jednak udało nam się zrobić jeszcze krótki spacer po mieście.












Po kawce czyli ok południa pan, który też wczoraj nas woził (do My Son) przywiózł nas do Da Nang. W Da Nang powitały nas chmury i silny wiatr. Najpierw zjedliśmy pho i bun cha.









Obok naszego hotelu sprzedają owoce morza. Ale to chyba złe określenie. To morskie potwory!




Hotel bardzo ładny. W łazience wanna, a z niej taki widok:


Lecz ten ładny hotel ma też jedną zasadniczą wadę. Pod oknami prowadzone są prace budowlane – w grunt wbijane są stalowe elementy. I to nawet nie hałas jest problemem, a straszne drgania. Aż filiżanki dzwonią o spodki. Dobrze, ze prace trwają tylko do 17.30. Na naszym 11 piętrze drgania te sa nie do wytrzymania. Dobrze, że śpimy tu tylko 2 noce.


Żeby nie irytować się tymi wstrząsami poszliśmy na spacer. Pierwszy punkt programu – kawa! A dla małych shake.

Da Nang to całkiem przyjemne miasto. Zupełnie inne. Widać, że jest zamożniejsze.










Kolację zjedliśmy w tajskiej restauracji. Było przepycha!


Jeszcze kąpiółka w superwannie i można iść spać w oczekiwaniu na poranne rozpoczęcie prac budowlanych pod hotelem.
DJAB