Phu Quoc – 4 dzień

4 dzień rozpoczął się małym wypadeczkiem w basenie. Sytuacja szybko opanowana.

Dziś postanowiliśmy pojechać kolejką linową na Ananasową Wyspę. Słyszeliśmy, że kolejka jest fajna, że widoki, że najdłuższa na świecie (prawie 8 km). Kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do kolejki.

Te budynki z prawej to nówki sztuki, jeszcze w budowie. Ktoś miał wizję zrobienia starego miasta zupełnie jak z basenu Morza Śródziemnego.

Kolejka łączył kilka wysp

Pływająca wioska

I nagle zobaczyliśmy coś takiego…

Dobrze, że przezornie wzięliśmy nasze stroje kąpielowe. Mieliśmy wątpliwości czy Benio powinien się kąpać z rozciętym palcem, ale pojawił się pomysł jak to zorganizować.

Najpierw poszliśmy przejść się po wyspie. Dotarliśmy do małej, rybackiej wioski. Życie tu toczyło się wokół domow z blachy falistej. Oprócz nas nie było tu ani jednego turysty.

Lokalna plaża odbiegała od obrazków w katalogach biur podróży. Tony śmieci i łupin kokosów.

Tak wygląda smutna rzeczywistość. Wietnamczycy nie radzą sobie ze śmieciami, brak im świadomości i wyobraźni.

Biura podróży pokazują to tak
Albo tak
Albo i tak

Poszliśmy więc do Sun World Hon Thom Nature Park. To dość nowy aquapark, znajdujący się przy samej stacji kolejki. Wcale tego nie planowaliśmy, nawet nie mieliśmy wiedzy o istnieniu tego miejsca. Po przekroczeniu progu parku zaczęło się kilkugodzinne szaleństwo.

Po pierwszym przejeździe „Anakondą” z drużyny odpadła zawodniczka.
Została 3 odważnych
Pierwszy leci najstarszy
Potem średni
A peleton zamyka najmłodszy

Najmniejsi – najodważniejsi. Ze 4 razy jechali na „Posejdonie”
Dominika wybrała nieco spokojniejsze rozrywki

Leniwa rzeka. Świetna! Bardzo długa, ładna sceneria.
Julek – jedyny odważny, który zdecydował się na zjazd „wężem”
Leniwa rzeka
🍌🍌

Widok z kolejki na aquapark

Powrót kolejką przy zachodzącym słońcu był wyjątkowo widowiskowy.

Ta inwestycja to fenomen. Na elewacjach są zdobienia: odpadający tynk, spękania.

Ktoś miał wizję: i co, może zrobimy tu sobie miasteczko a la włoskie Cinque Terre?

Dzień wybitnie udany. Szczególnie dla chłopców. Widoki cudowne, świetna zabawa. Dzień zaczął się tak sobie, ale za to przeżywanko tych atrakcji trwało do wieczora.

Jutro ostatni dzień na wyspie. 😭

DJAB

Phu Quoc – 3 dzień

Nic ciekawego. Całodzienne kąpiółki. Basen, morze, basen, morze, basen…

Taki cudny zwierz mieszka obok naszego hotelu
Ma też błotko

Benio i Tom, Tom i Benio. Widują się od 3 dni w restauracji.

Nudny dzień to dobry dzień!

DJAB

Phu Quoc – 2 dzień

Nie będziemy nigdzie się spieszyć, nic nie musimy, nie mamy żadnej potrzeby zwiedzania, chyba że akurat nam się zachce.

Poranek miły, leniwy, pyszne śniadanie w ogrodzie.

Po śniadaniu wszystkich naszła ochota na kąpiułkę.

Benio coraz lepiej radzi sobie w wodzie, pływa już całkiem swobodnie, a Antek szlifuje skoki do wody.

Obiad zjedliśmy w pobliskiej rodzinnej restauracji. Po obiedzie taksówką pojechaliśmy do największego miasta wyspy czyli do Dương Đông. Miasto nie jest jakoś specjalnie urodziwe, ale ma 2 ciekawe atrakcje. Targ i nocny market. Na targ poszliśmy trochę przez przypadek szukając starego lotniska. Wrażeń z targu miesliśmy mnóstwo…

Mango i malutkie banany są najsmaczniejsze
Okładniczki tak świeże, całe się ruszały.
Nie wiem co to i nie chcę wiedzieć Update: to ikra! Dziękuję Claudia 😁
Perfekcyjnie poukładane kalmary
Jeden z tych węgorzy uciekł z tacy i sprytnie się schował
Hałas, smród spalin i resztek jedzenia

Świeży pieprz

Wszystko super świeże, bo nadal żywe
Panie, a te krewetki to świeże?

Zieleninka

Maczety, tasaki, siekieeeryyy!!!
Ruchliwe, wielkie ropuchy
Komu klapki, komu żabę?
Proszę Pana, ryba Panu ucieka!

Wiadomo, świnioświr
Azjatycki słodki ziemniak
Papaja
Stoisko z artykułami gospodarstwa domowego
Karton robił za nadwozie, zabawa przednia
Kilku świnkom się nie poszczęściło

To fu? Nie! To mniam! Wietnamskie smażone tofu z grzybami, czosnkiem i nasionami lotosu to jest sztos!

Targ był nie do wytrzymania szczególnie dla zmysłu powonienia. Do tego co chwilę wchodziło się klapkami w wodę śmierdzącą zgniłą rybą, a to leżące kawałki mięsa, zgniłe owoce. Ohydne i za razem fascynujące. Nam kupującym w Oszą czy innym Kerfurze w głowie się to nie mieści, bo jak to muchy na mięsie, podają kurczaka brudną szmatą? „Bazarek” nami wstrząsnął.

Dalej poszliśmy zobaczyć zachód słońca, a wycieczkę zakończyliśmy na nocnym markecie.

Komu parówkę, komu kurze nózki, komu ośmiornicę?

Było dziś sporo szoku, doznań węchowych, hałasu, chaosu. Ale lubię takie miejsca. Mam teorię, że żeby poznać jakąś kulturę trzeba iść na lokalny, prawdziwy bazar i na cmentarz. Tu nie da się poznać mieszkańców rozmawiając z nimi, bo po angielsku mówią tragicznie. Pozostaje uważnie obserwować.

Co robimy jutro? Co nam się zachce 😁. I to jest najpiękniejsze.

DJAB

Ho Chi Minh City – 3 dzień

Trochę nie mieliśmy pomysłu na 3 dzień w Sajgonie. Miasto jest piękne, ale przy takim upale i poziomie spalin długo wytrzymać w centrum się nie da. Wczoraj wieczorem po namyśle skusiliśmy się na wycieczkę do delty Mekongu. Mieliśmy mieszane uczucia, bo opinie o zorganizowanych wycieczkach są raczej negatywne, zresztą sami nie lubimy takowych. Ale…

Kwiat lotosu

Świnioświr!

Najpierw zatrzymaliśmy się w pagodzie. Wesoły Budda jest rozbrajający. Dalej wsiedliśmy na statek na rzece Mekong i popłyneliśmy na wyspę na obiad. Restauracja rodzinna była jednocześnie plantacją pomelo. Obiad był prosty, ale bardzo smaczny.

Owoc zwany jackfruit

Na działeczce groby członków rodziny.

Pomelo

Ze statku przesiedliśmy się do małych łodzi wiosłowych i płyneliśmy chwilę odnogą Mekongu.

Ulubione miejsce Benia w naszym hostelu.

Jutro lecimy na wyspę Phu Quoc na relaks i plażowanie. Planujemy jeść owoce, pić wodę kokosową i nic nie robić.

DJAB

Ho Chi Minh City – 2 dzień

Kilka dni temu w autokarze jadącym z Hue do Hou An spotkaliśmy Hiszpankę, która ostrzegała nas przed Sajgonem. Do Sajgonu z dziećmi? Na 3 noce? Czuliśmy się jakbyśmy na głowę upadli. Dodała jeszcze, że Hanoi przy HCMC to jak Kopciuszek przy zlej macosze. I wiecie co? Głupoty gadała. My tu czujemy się lepiej, jest tu zdecydowanie piękniej. Ruch faktycznie jest okropny, hałas tragiczny, ale to miasto ma duszę.

Ale niestety dzień trzeba było zacząć od spraw przyziemnych. Pranko! Na szczęście 200 m od hostelu jest pralnia. Taka fajna, hamerykańska! Za 17 zł mieliśmy stertę upranego i wysuszonego prania.

Wszakże dziś tłusty czwartek
Wietnamski kunszt elektryczny
Chwila relaksu w parku

Poszliśmy pieszo do Muzeum Wojny. Jego zbiory to pojazdy wojskowe, broń, amunicja, ale przede wszystkim zdjęcia.

Nie będzie zdjęć ofiar Agent Orange. Konsekwencje najlepiej pokazują dziecięce rysunki.

Chwilka refleksji: https://youtu.be/YkgkThdzX-8

Zdjęcia bardzo nas poruszyły. Szczególnie widząc co wojna zrobila cywilom i ile lat konsekwencje wojny, użycia dioksyn, ich dotykają.

Po wizycie w muzeum poszliśmy zjeść na market w stylu „Koszyków”. Każdy zjadł na co miał ochotę. A po jedzeniu pokręciliśmy się jeszcze po okolicy.

Sok z trzciny cukrowej. Słowo „słodki” nie oddaje słodkości tego ulepku
Bajki o smrodzie duriana są nieco przesadzone. To ten duży, kolczasty owoc. Rozkrojony ma bardzo charakterystyczny zapach, ale nie jest on aż tak przykry jak legenda głosi.
Kolejny przykład świnioświra
Antek – arbuz, Benio – banan.

Spełniliśmy marzenie Antka. Bardzo chciał wjechać na bardzo wysoki drapacz chmur. Tak się składa, że Sajgon takowy posiada. Bitexco Financial Tower. Budynek został ukończony 31 października (❤) 2010 roku. Wysokość wynosi 265,5 m. Widoki ze skydecku oszałamiające. A winda wioząca na 49 piętro też robiła wrażenie.

Zdjęcie z Internetu – widok na wspomniany budynek
Nasza ulica

Jutro wyrwiemy się poza HCMC.

DJAB

Ho Chi Minh City – 1 dzień

Zaczął nam się niezły Sajgon! Rankiem wyjechaliśmy z Da Nang i polecieliśmy niewiele ponad 600 km do HCMC – dawniej Sajgonu. Lot Vietnam Airlines lekko opóźniony, ale spokojny. W zasadzie to przespaliśmy cały lot. Na lotnisku w Sajgonie pomiar temperatury kamerą termowizyjną, na miejscu punkt medyczny. Przede wszystkim uderzył nas upał. Jest STRASZNIE gorąco. W południe w cieniu jakieś 35°C. Kierowca Graba bardzo chciał z nami rozmawiać, ale niestety po angielsku nawet nie umiał powiedzieć tak i nie. Więc rozmawialiśmy za pomocą google translatora, co powodowało wiele rozmaitych lapsusów językowych, a rozmowa była nieco drętwa. Pierwsze wrażenia dotyczące HCMC bardzo pozytywne. Widać mnóstwo wpływów francuskich, a miasto jest takie troszkę multi-kulti. Obiad zjedliśmy we wspaniałej hinduskiej restauracji. Nawet Benio zasmakował w tikka masala.

Wszyscy straszyli nas ruchem ulicznym. Fakt, jest duży ruch, skutery jeżdżą nawet po chodnikach, jest głośno, ale jest też wiecej świateł, szersze chodniki. Nie jest tak źle. Jedyny minus – czuć smog.

Nasza uliczka, na szczęście mieszkamy w bocznej odnodze, więc jest cicho.
Jest mnóstwo parkingów dla skuterów
Poczta główna
Na szczęście w hostelu jest gitarrrraaa!

Jutro pozwiedzamy, ale najpierw wieczorem ułożymy sobie plan.

DJAB

Da Nang – 2 dzień

Od rana padało. Z plażowania nici, fale ogromne. Poszwędaliśmy się po centrum handlowym i stwierdziliśmy, że Wietnamczycy mają świnioświra.

Postanowiliśmy pojechać w pobliskie Góry Marmurowe. To 5 wzgórz marmurowych i z piaskowca. Pięć gór nosi nazwy pięciu żywiołów: Kim, Thuy, Moc, Hoa i Tho. Wszystkie góry mają wejścia do jaskini. My zwiedziliśmy jaskinie i pagody góry Thuy. Jaskinia imponująca, zdobienia w postaci rzeźb i ołtarzy dość kontrowersyjne. Z wierzchołka góry imponujące widoki: na morze, na okolicę, na pozostałe góry.

Góry Marmurowe mają w sobie coś z Zakopanego. Piękno natury, fascynująca kultura, ale okraszone kiczem i bylejakością. Tak +/-.

Ciekawych dań dziś nie będzie, bo dzień spędziliśmy popijając coconut cofee i jedząc bahn mi. Po powrocie z gór poszliśmy przejść się nabrzeżem. Pogoda nadal nie rozpieszczała. Da Nang jest znane z kapryśnej aury.

Dzień spokojny, nieco nudny. Za to jutro będzie prawdziwy Sajgon! Rano lecimy do Ho Chi Minh City (dawnej Sajgon).

DJAB

Da Nang – 1 dzień

Dziś w południe opuściliśmy Hoi An. Szkoda. Jednak udało nam się zrobić jeszcze krótki spacer po mieście.

Takie Hoi Ańskie „Koszyki”
Fresh spring rolls 🤤
Po lewej coconut cofee, po prawej kawa tradycyjnie parzona „po wietnamsku”. Obie cudownie pyszne.
Beniowe odkrycie – wietnamski croissant z gałką lodów waniliowych środku

Po kawce czyli ok południa pan, który też wczoraj nas woził (do My Son) przywiózł nas do Da Nang. W Da Nang powitały nas chmury i silny wiatr. Najpierw zjedliśmy pho i bun cha.

Obok naszego hotelu sprzedają owoce morza. Ale to chyba złe określenie. To morskie potwory!

Tu widać skalę tych zwierzaczków

Hotel bardzo ładny. W łazience wanna, a z niej taki widok:

Lecz ten ładny hotel ma też jedną zasadniczą wadę. Pod oknami prowadzone są prace budowlane – w grunt wbijane są stalowe elementy. I to nawet nie hałas jest problemem, a straszne drgania. Aż filiżanki dzwonią o spodki. Dobrze, ze prace trwają tylko do 17.30. Na naszym 11 piętrze drgania te sa nie do wytrzymania. Dobrze, że śpimy tu tylko 2 noce.

Żeby nie irytować się tymi wstrząsami poszliśmy na spacer. Pierwszy punkt programu – kawa! A dla małych shake.

Da Nang to całkiem przyjemne miasto. Zupełnie inne. Widać, że jest zamożniejsze.

Most zmienia kolory

Kolację zjedliśmy w tajskiej restauracji. Było przepycha!

Pad thai z grzybami
Wyjątkowo zamówiliśmy deser, bo chcieliśmy spróbować mango sticky rice. Przeprzeprzepycha!

Jeszcze kąpiółka w superwannie i można iść spać w oczekiwaniu na poranne rozpoczęcie prac budowlanych pod hotelem.

DJAB

Hoi An – 3 dzień

Dzień zaczęliśmy śniadaniem i zaraz potem pojechaliśmy z Karolami do kompleksu świątyń My Son – ok 30 km od Hoi An. My Son to hinduistyczny kompleks świątyń, które powstały okresie między IV a XV wiekiem n.e., i są sanktuarium religijnym Czamów. My Son jest dość mocno zdewastowany i na pewno nie robi takiego wrażenia jak Angkor Wat, aczkolwiek jest pięknie położony. W samej dżungli, niczym park jurajski.

Wszakże byliśmy w środku dżungli.

Wracając kierowca zostawił nas pod kultową restauracją, którą kilka lat temu odwiedził Anthony Bourdain. https://youtu.be/0nI9LvK7r-4

Idąc do toalety przechodzi się przez środek kuchni
Kolejka do tejże restauracji – chyba jedyna kolejka, jaką widzieliśmy w Wietnamie

Bahn mí były PYSZNE. Najedzeni poszliśmy zwiedzać Hoi An.

Chwilę wcześniej Benio otrzymał wymarzoną koszulę w banany
Dziś królują zdjęcia Człowieka-Banana
Maseczek do wyboru, do koloru!
Polski architekt i konserwator zabytków Kazimierz Kwiatkowski, dzięki któremu starówka w Hoi An nie została zburzona, ocalała i w rezultacie trafiła na listę światowego dziedzictwa UNESCO
Zdjęcie dnia!
Kurtka marzeń 😍💕
Najmniejsze stołki świata
Smoczy owoc – lepiej wygląda niż smakuje
Rambutan z lewej strony

Wieczorem poszliśmy na ostatnią kolację do Mr Sona. Spotkaliśmy też sympatycznych Polaków z Białołęki. Mr Son miło nas pożegnał, a my podziękowaliśmy mu za najlepsze jedzenie jakie jedliśmy w Wietnamie. Na pożegnanie poczęstował nas pyszną marakują.

Po kolacji pokręciliśmy się jeszcze po starówce i night markecie.

Na koniec dnia Julek wymyślił dla nas fajną niespodziankę i wróciliśmy do hotelu łódką.

W Hoi An póki co najbardziej najbardziej nam się podoba. Miasto jest urocze, jedzenie pyszne, a ruch uliczny do zaakceptowania, o ile nie jedzie się rowerem!

Jutro jedziemy na 2 dni do Da Nang.

DJAB

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij