Hoi An – 2 dzień

Dziś był dzień w stylu: wczasowicze we Władysławowie. Rano wypożyczyliśmy w hotelu rowery i postanowiliśmy pojechać na plażę – 6 km od hotelu (centrum i starówka Hoi An nie leży nad samym morzem). O ile jazda nad morze przebiegła gładko, o tyle powrót był znaczenie trudniejszy z uwagi na ruch uliczny. Rower jest nisko w drogowej hierarchii. Niżej jest tylko pieszy. Powrotny przejazd z dziećmi po ulicy w wietnamskim szczycie 🙈… nie chcę tego wspominać! Wszyscy jesteśmy cali i zdrowi po tej jeździe.

Pierwsza plaża okazała się słaba pod względem kąpieli, ale za to porośnięta była palmami.

Z Coconut Beach przejechaliśmy na plażę An Bang Beach. Tłoczna, dziwna, ale nadawała się bardziej do kąpieli i plażowania.

Droga powrotna – nie chcę jej pamiętać 🙀… Głodni, zajechaliśmy na obiad do Mr Sona.

Pan Son – w białej koszuli

Po powrocie z restauracji chłopcy kąpali się w basenie, a wieczorem Antek postanowił zostać w hotelu, a my z Beniem powłóczyliśmy się po Hoi An.

Żaby grillowane na patyku
Znajdź zwierza!

Jutro sanktuarium My Son.

A teraz 😴

DJAB

Hoi An – 1 dzień

Rano zamówiliśmy transport z Hué do Hoi An. Udało nam się zamówić autobus, który odjeżdżał około południa. Po śniadaniu pospacerowaliśmy nad Rzeką Perfumową (zapach pochodzi od białych kwiatów, które spadają do niej prosto z drzew – widać je na poprzednim wpisie (zdjęcie kwiatka na tle pagody). Te kwiatki pachną obłędnie!

Chciałam ukraść tego słodziaka
A Ten tylko mosty, mosty, mosty…
Szybkie drugie śniadanie w bardzo fajnej kawiarni. 4 bahn mì (półbagietki z jajkiemlub mięsem), kawa, woda – razem 18 zł

Około południa zwolniliśmy pokój, a następnie w bardzo przekombinowany sposób dotarliśmy do naszego autokaru – facet na skuterze podprowadził nas 200 m, tam czekała taksówka, która zawiozła nas w 2 turach (nas i znajomych z Zacisza) do autobusu. Towarzystwo w autobusie mocno międzynarodowe. Autobus okazał się sleeperem czyli autokarem sypialnym. Bilet – jakieś 15 zł od osoby.

Sleepery są dla dzieci/karłów/Azjatów. Człowiek mający więcej niż 165 cm wzrostu siedzi pokurczony. 130 km dzielące Hué i Hoi An autokar jechał 3,5 h. Raz zrobił dłuższy postój.

Podczas postoju, gdzieś między Hué a Da Nang

Dotarliśmy do hotelu późnym popołudniem. Hotel powyżej naszych oczekiwań. Nareszcie balkon, basen, schludna łazienka… 😍

Umówiliśmy się z Karolami (tak nazywamy znajomych z Zacisza, czyli Karola i jego rodzinę) na kolację do „restauracji” Mr Son. Restauracja prowadzona jest przez całą lokalną rodzinę, serwuje lokalne potrawy i jest bardzo polecana na Tripadvisor. Wszyscy najedliśmy się do syta lokalnymi potrawami. Było miło, spotkaliśmy parę fajnych Polaków.

Benio jedzący phõ i pijący koktajl z banana
Przepyszna zupa grzybowa – wygląda może średnio, ale była P Y C H A 🤤
Cao lau – danie serowane tylko w Hoi An, a do produkcji tego makaronu używa się wody tylko z jednej studni w mieście. Kluski z tofu, miętą, warzywami i aromatycznym, lekkim sosem.
Kolacja u Mr Sona – wszakże dziś Walentynki 💕💕💕💕😁💕💕💕💕

Pochodziliśmy troszkę po Hoi An. Miasto to jest na liście światowego dziedzictwa Unesco, a do ocalenia tej architektury przyczynił się w latach 80-tych polski architekt. Nazywane jest miastem lampionów. Po zmroku jest oszałamiająco piękne

Łodzie całe w lampionach
Tej maści z gwiazdą, maści na wszystko, używała kiedyś babcia Władzia.

Nie wstawię dziś wielu zdjęć z Hoi An. To wymaga oddzielnego wpisu. Po powrocie od Mr Sona chłopcy i Julek poszli odprężyć się w basenie.

Idziemy spać.

DJAB

Hué

Intensywny dzień w Hué rozpoczęliśmy  kawą w barze, gdyż hotelowa nie za bardzo stawiała na nogi.

O 10 przyjechał po nas i znajomych z Polski kierowca i zabrał nas busem na całodzienną wycieczkę. Dzień od rana był słoneczny i gorący.

Pierwszym punktem programu był grobowiec dynastii Nguyen wybudowany w XIXw. Upał lał się z nieba.

Benio razem z córkami znajomych karmił karpie pływające w stawie. Karpie rzucały się na pokarm chrumkając przy tym z łakomstwa. Jak świnki w chlewie 🙉. Po wrzuceniu pokarmu robiło się kłębowisko łakomych ryb.

Następnie kierowca zawiózł nas do cesarskiego grobowca sprzed 100 lat – Khai Dinh Tomb. Grobowiec był oszałamiający, ale upał strasznie nas męczył.

Kolejnym punktem programu była pagoda Thien Mu.

Przed zwiedzaniem starej Cytadeli poszliśmy coś zjeść. W okolicy restauracje albo zamknięte, albo właściciel akurat spał na środku baru. Ostatecznie udało się coś znaleźć, ale brak zrozumienia angielskiego przez obsługę spowodowała, że nie każdy dostał to czego oczekiwał 🙈

Kurze łapki na zimno 🤢🤮

Ostatnim zabytkiem, a raczej kompleksem zabytków byla Stara Cytadela. Zrobiła ona na nas największe wrażenie. Dzieci dzielnie zwiedzały.

I znów karpie, a nawet sum
Benio odpoczywał z dziewczynkami
Gdzie jest Wally?

Intensywny dzień zakończyliśmy spacerem po Hue i kolacją.

Jutro wyjeżdżamy do Hoi An.

DJAB

Ps. Ponieważ ten wpis po załadowaniu wszystkich zdjęć rozjechał się, część zdjęć się skasowała. Poprawienie tego to dobra godzina roboty. Dorzucam na koniec kilka zdjęć z pagody Thien Mu

Dzień w drodze: Cat Ba – Hue

Dziś nie będzie pięknych widoków. O 7.30 wsiedliśmy do autobusu z Cat Ba do Hanoi. Autokarem wjechaliśmy na prom, który przewiózł nas w okolice Hajphong. W Hanoi kierowca wysadził nas blisko dworca, żebyśmy mieli blisko do autobusu jadącego na lotnisko. Blisko dworca… ale i na środku mega ruchliwego skrzyżowania. My z plecakami, chłopcy z plecakami, a tu dookoła skutery, samochody, autobusy… 🙈 Zanim poszliśmy na przystanek postanowiliśmy coś zjeść. Niestety zapuściliśmy się w dzielnicę handlarzy i wszystko można było kupić poza gotowym posiłkiem. Udało się wreszcie zjeść nasze ulubione bahn mi czyli wietnamskie bagietki z jajkiem/mięsem/pasztetem/warzywami/ostrym sosem. Dość długo szukaliśmy przystanka autobusowego, oczywiście przeciskając się pomiędzy skuterami. Udało się i ok 50 min jechaliśmy na lotnisko – terminal lotów krajowych. Nasz pośredni cel – Da Nang położony w środkowym Wietnamie na wybrzeżu. Da Nang położony jest od Hanoi ok 14 h jazdy autobusem. Lot Vietnam Airlines zajął nam 1h15 min. Naszym celem nie było samo Da Nang, ale Hue – ok 90 km na północ od Da Nang. Z niewielkimi problemami wynikającymi z zamówienia Graba (tutejszy Uber) dotarliśmy na dworzec w Da Nang skąd punktualnie o 18.45 odjechaliśmy do Hue. Te 90 km ma nam zająć ok 2h40min. Wagon nawet nawet… przyzwoity. Tylko zapachowo tak sobie i cały czas kursują: a to konduktorzy, a to panowie z „Warsa” serwujący gorącą zupę i jajka ma twardo 🙊, a to młody Wietnamczyk trzyma brudne skarpety na stoliku a jego wybranka zdjęła buty i prezentuje światu długie, brudne paznokcie od stóp – oczywiście kładąc nogi na poręczy poprzedzającego siedzenia. Trzęsie, jest głośno, ale najważniejsze że poruszamy się zgodnie z planem. Przy wchodzeniu do wagonu ni w ząb mówiący po angielsku konduktor próbował o coś spytać 2 Hiszpanki. Przyszliśmy z odsieczą i okazało się, że pyta kolejno o narodowość każdą wchodzącą do pociągu białą twarz. Zastosowaliśmy uproszczenie i oznajmiliśmy, że my wszyscy jesteśmy Hiszpanami – a jemu Spain, España i tak nic nie mówiły. A po co pytał? Zgodnie z rozporządzeniem w Wietnamie nie mogą przebywać obywatele kilku nacji z uwagi na koronawirusa. Dotyczy to też wszystkich osób, które już podczas epidemii przebywały na terenie Chin – w hotelu jeszcze na Cat Ba wertowali nam paszporty strona po stronie czy nie mamy chińskiej wizy/pieczątki. Wczoraj widzieliśmy na Cat Ba jak policja złapała jednego Chińczyka w restauracji i zapewne miał niemałe kłopoty, że przebywa na wyspie. A wracając do dzisiejszej podróży to za 1h powinniśmy planowo być w Hue.

Rano, pod naszym hotelem na Cat Ba otwierała się uliczna garkuchnia, gdzie miejscowi jedi zupę na śniadanie
Prom dla autobusów
Autobus w Hanoi
Most zaprojektowany przez Eiffla
Targowisko w Hanoi
Bagietki jedliśmy w barze prawie na samej ulicy
Lot Vietnam Airlines do Da Nang
Pociąg z Da Nang do Hue

Tak więc podróż dziś była/w sumie nadal jest, bo trwa, bardzo skomplikowana: 🚍⛴🚍✈🚖🚞🚖, a przejedziemy łącznie ponad 900 km

DJAB

Dotarliśmy do Hue!

Papierki w barze w Hiszpanii to przy Hue małe miki!

Cat Ba – 3 dzień

Dzisiejszy dzień polegał na chill oucie. Odpoczynek jest cudowny! Dziś nareszcie zrobiło się cieplej. Po śniadaniu poszliśmy na Cannon Fort – wzgórze na Cat Ba, na którym znajdował się francuski fort wojskowy (z 1910 r.), ale przede wszystkim ze wzgórza rozpościerały się piękne widoki.

Ponad 10 cm słodziak

Wracając zahaczyliśmy o jedzenie. Benio polubił zupę pho, a my mieliśmy ochotę na pad thai – niektórzy oczywiście bez orzeszków.

Po krótkim odpoczynku poszliśmy poszwędać się po okolicy.

Benio pokazał młodym Wietnamczykom, na czym polega europejska piłka nożna i prawie od razu zdobył gola dla swojej drużyny

Wieczór zakończyliśmy w kawiarni z widokiem na zatokę. Sączyliśmy sobie piwo 333, a chłopcy zjedli naleśniki z mango i bananem.

Jutro czeka nas intensywny dzień. Raniutko jedziemy autokarem/promem/autokarem do Hanoi. Z Hanoi lecimy Vietnam Airlines do Da Nang, a stamtąd pociągiem lub autokarem do Hue, gdzie spędzimy 2 noce.

DJAB

Cat Ba – 2 dzień

Po kolejnej trudnej nocy (kiedy wreszcie wyrównamy jetlaga???) wstaliśmy wczesnym rankiem i razem z kilkorgiem obcokrajowców udaliśmy się na zorganizowany spływ kajakowy po zatoce Ha Long. Z portu ruszyliśmy szybką łodzią do pływającej wioski, gdzie przesiedliśmy się do kajaków i wraz z przewodnikiem – miłym Filipińczykiem popłyneliśmy zwiedzać zatokę. Trzeba przyznać, że zatoka robi niesamowite wrażenie, a oglądanie jej z kajaka zamiast z pokładu statku dla turystów było jedynym słusznym rozwiązaniem. Pogoda nadal nie była łaskawa – ale to normalne dla tego regionu zimą. Podczas rejsu było nam zimno – od stóp do pasa byliśmy cali mokrzy (temperatura powietrza ~17°C, a do tego morska bryza… 🥶). Na szczęście woda była dość ciepła.

Pierwsza część rejsu przebiegała głównie w pobliżu wiosek na wodzie. Są to domostwa poławiaczy owoców morza.

Po ok 2,5 h wiosłowania poplynęliśmy na statek, gdzie czekał na nas lunch. Jedzenie było proste, ale bardzo smaczne. Niestety było nam strasznie zimno w mokrych ubraniach. Nie opłacało się nam przebierać, bo po lunchu znów wsiadaliśmy na kajaki. Tyle, że ten czas po lunchu nieco się wydłużył, bo statek zrobił jeszcze mały kurs po zatoce więc przez ok 2 h dygotaliśmy z zimna na pokładzie. Bezpośrednio ze statku przesiedliśmy się do kajaków na środku morza i popłynęliśmy ponownie oglądać zatokę. Tym razem cześciej zatrzymywaliśmy się na dzikich plażach.

Wyprawa zaczęła się o 8, a skończyła po 17, więc wróciliśmy straszenie zmęczeni, głodni i zmarznięci, ale zachwyceni tym cudem natury jakim są wapienne góry zatoki. Dzieci super dzielnie się spisały.

DJAB

Ps. Robię literówki, bo wpisy robię wieczorem z telefonu, ledwo żywa. Literówki ignorujcie i domyślajcie się co autor miał na myśli.

Cat Ba – 1 dzień

Dziś o 10.30 wsiedliśmy do autobusu na Cat Ba. Droga minęła bardzo szybko. Z uwagi na zakaz wjazdu na wyspę obywatelom Chin, Tajwanu i jeszcze kilku nacjom (z powodu koronawirusa), autokar był zapełniony w 1/4. Po ok 2 h jazdy w porcie przesiedliśmy się na szybką łódź. Po kilku minutach byliśmy już na wyspie i kolejnym autobusem dojechaliśmy do miasta. Hotel jest ok, warunki przyzwoite, za to widok z okna przepiękny.

Widok z okna naszego hotelu Hai Son

Dziś dla odmiany zjedliśmy dania kuchni koreańskiej.

Po obiedzie poszliśmy przejść się po okolicy.

Samo miasto jakoś specjalnie ciekawe nie jest. Ale nie po to tu się przyjeżdża. To punkt wypadowy do zwiedzania zatoki Ha Long.

Jutro czeka nas intensywny dzień więc musimy dobrze wypocząć.

DJAB

Hanoi – 2 dzień

Pierwsza noc była trudna. Wszystkim nam ciężko się spało z uwagi na jet lag. Obudziliśmy się wszyscy wyspani ok 2 w nocy i ciężko było zmusić się do dalszego snu. Z trudem wstaliśmy ok 9. Poranek przywitał nas deszczem, który dzwonił o wszechobecne blachy.

Na śniadanie poszliśmy na bagietki do „naszej” pani Wietnamki. Jako stałych klientów 😉 Pani nakarmiła nas dodatkowo słodkim ziemniakiem i ciasteczkami.

Prosto po śniadaniu poszliśmy w kierunku Muzeum Kobiet. Muzeum ciekawe, lecz bez szału. Po drodze spotkaliśmy jakieś „gwiazdy” K-popu (popu prosto z Korei) nagrywające teledysk. Do muzeum szliśmy dzielnicą francuską .

2020 to chiński rok myszy
Budynek Muzeum Kobiet

Po zwiedzeniu muzeum poszliśmy w kierunku Train Street – ulicy, którą przejeżdża pociąg bardzo blisko miejskiej zabudowy. Po drodze zobaczyliśmy też katedrę.

Chipsy sushi – Benio twierdzi, że pycha
W międzyczasie zjedliśmy obiad
Wołowe ogony 🤤

Do Świątyni Literatury dotarliśmy piechotą. Od rana mżyło i nie było zbyt ciepło. Świątynia piękna, a turystów nie za dużo (Chińczycy mają cofnięte wizy i zakaz wjazdu do Hanoi). Świątynia pomiędzy XV a XVIII w służyła kształceniu mandarynów.

Dzień zakończyliśmy oglądając z zewnątrz cytadelę.

To był udany, ale bardzo męczący dzień. 9h na nogach… Jet lag robi swoje, ponadto miasto przytłacza. Przechodzenie przez jezdnię powoduje wylew i częstoskurcz. Jutro rano: wyspa Cat Ba!

Hanoi – 1 dzień

Wylądowaliśmy o czasie. Przywitał nas deszcz i maseczkowe szaleństwo. Jak ci Azjaci mogą funkcjonować na co dzień w maseczkach? Ciężko w tym oddychać, okulary parują, łaskoczą w nos… Wymieniliśmy pieniądze na wietnamskie (ding) dongi, kupiliśmy wietnamskie karty sim.

Z lotniska zamówiliśmy Graba (tutejszy Uber) i pojechaliśmy do hostelu na drzemkę, bo w samolocie ledwo udało nam się przespać. Kupiliśmy sobie po wietnamskiej bagietce bánh mí i poszliśmy na drzemkę… 5 h…

Po drzemeczce czas na kawę. Wietnamska kawa to mistrzostwo świata!

Tu jest nasz hostel 😱

Co najlepiej zjeść w Wietnamie? Co jak nie pho?! Zupka pyszna! Gorąca, ostra, pożywna.

Dla jarosza w wersji wege ze smażonym tofu

Po zupie za namową nowopoznanych znajomych z Zacisza poszliśmy wspólnie do teatru lalek. Przedstawienie super ciekawe, wietnamski folklor, ludowa tradycyjna muzyka. Sceną była woda, muzyka grana na ludowych instrumentach, panie śpiewały piosenki sięgające XIXw.

Po przedstawieniu poszliśmy wspólnie ze znajomymi na kawę do kawiarni w stylu „wojna w Wietnamie”. Temat przewodni nieco dyskusyjny… ale kawa pyszna (włoska kawa niech się schowa!!!)

Wieczór zakończyliśmy na spacerze po ulicach Hanoi, głównie wokół jeziora Hoan Kiém. A nad jeziorkiem szczur, nietoperz…

Póki co jedynie akceptacja higieny street foodu i przejście przez ulicę stanowi jedyny problem. No może jeszcze straszliwa wilgotność powietrza.

DJAB

Stopover w Dosze

Doha. Dawniej Al Bida. Trochę ta poprzednia nazwa jest śmieszna, bo tu wszędzie widać piniądz!🤑$$$🤑 Ale o tym za chwilę…

Rano, gdy odsłoniłam zasłony zobaczyłam ciekawy widok z 11 piętra naszego hotelu.

Stwierdziliśmy, że do centrum pojdziemy pieszo żeby więcej zobaczyć. Od razu po wyjściu z hotelu poczuliśmy, że uprawiamy bida-turystykę. Oprócz nas pieszo tylko robotnicy z Pakistanu chodzili. Droga do centrum była dość meczącą z uwagi na ruch uliczny (brak przejść dla pieszych) oraz temperaturę powietrza.

Pierwsze kroki skierowaliśmy na Souq Waqif. Trochę zaskoczyło nas to, czym tam handlowano.

Następnie skierowaliśmy się na nabrzeże czyli Al Corniche. Taki tam deptak z palmami i widokami.

Randka po qatarsku 💕

Następnie po woli poszliśmy w kierunku metra, aby pojechać na lotnisko. O 21.05 czekał nas lot do Hanoi.

Metro to mają jak z filmów science-fiction. Na bogato! 🤑$$$$$

Prywatny wagon rodzinny.
Lotnisko Hamad. Widać piniądz, oj widać!
Bezobsługowy pociąg wożący pasażerów wewnątrz lotniska, tuż nad glowami, pomiędzy sektorami lotniska, żeby nie musieli drałować. Pamiętacie film „Pamięć absolutna”?

Lot minął nam nieźle, pospaliśmy odrobinę. Jest 8.07. Więc…. good morning Vietnam!

DJAB

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij